Restauracja w Hotelu Alpejskim w Polanicy-Zdroju

Hotel Alpejski znajduje się w Polanicy-Zdroju, na trasie z Kudowy-Zdroju do Kłodzka. My zatrzymaliśmy się tam w drodze ze Skalnych Grzybów.

W karcie znajdziemy zupy, przekąski, dania mięsne, bezmięsne (np. pierogi ruskie czy tagliatelle) i ryby. Każda z tych kategorii liczy po cztery lub pięć potraw. Restauracja specjalizuje się także w winach. My wybraliśmy rosół, zupę dnia (ogórkową), pierś z kurczaka ze szpinakiem i pieczonym ziemniakami oraz polędwiczki wieprzowe w sosie pieprzowym z purée ziemniaczanym i gotowanymi warzywami.

Zamówione potrawy okazały się bardzo smaczne, a porcje duże (nie dajcie się zwieść zdjęciom, talerze były ogromne). Obsługa bez zarzutu, a czas oczekiwania niedługi. Ceny natomiast są dość wysokie, za zamówione dania plus kawę i wodę zapłaciliśmy w okolicach 100 zł.

Poza restauracją i hotelem na miejscu jest również basen, SPA oraz „Tyrolski GrillBar”. O wszystkim tym przeczytacie na stronie internetowej hotelu: http://www.hotel-alpejski.pl/pl.

Nasza ocena restauracji: 4/5.

Adres: ul. Zdrojowa 89, Polanica-Zdrój.

Skalne Grzyby

Skalne Grzyby to skupisko skał pomiędzy Batorowem a Karłowem. Można tam dotrzeć na trzy sposoby: żółtym szlakiem z Batorowa (około 30 minut), niebieskim szlakiem z Wambierzyc (około 70 minut) albo czerwonym szlakiem z parkingu przy Drodze Stu Zakrętów (też około 70 minut). My wybraliśmy pierwszą opcję i zaczęliśmy wędrówkę na parkingu w Batorowie, do którego w około 10 minut dojechaliśmy z Polanicy-Zdroju.

Skalne Grzyby rozrzucone są na przestrzeni około 2,5 km przy różnych szlakach turystycznych. Szlaki są dobrze oznaczone. Dla nas ogromną pomocą okazała się mapka zamieszczona poniżej (pochodzi stąd, my zapisaliśmy ją sobie na komórce). Jak widać po układzie poziomic, zdecydowanie najłagodniejszy jest szlak żółty, za to szlaki niebieski i zielony niepozbawione są stromych podejść. Nasz trasa zaczynała się w lewym dolnym rogu mapki (przy skale o nazwie Żaba). Pokonaliśmy całą trasę żółtym szlakiem, a w drodze powrotnej przeszliśmy też trochę szlakiem czerwonym, niebieskim i zielonym, by wrócić z powrotem na szlak żółty (na drugiej mapce zaznaczyliśmy czarną linią trasę naszego spaceru).

Skały opatrzone są nazwami, jak na przykład Głowa Psa, Pielgrzym czy Skalne Wrota – części z tych nazw można się dopatrzeć na załączonej mapce. Szkoda trochę, że skały podpisane są jedynie na mapkach, w terenie trzeba trochę zgadywać, próbując analizować kształty form skalnych. Trzeba też uważnie się rozglądać, bo niektóre skały schowane są za drzewami, trochę dalej od szlaku. Na ostatnim zdjęciu widać również ciekawy potok, który przecina żółty szlak niedaleko parkingu w Batorowie, a swoją czerwoną barwę zawdzięcza temu, że przepływa przez torfowiska (wiemy, bo przeczytaliśmy na Wikipedii).

Cały spacer zajął nam trzy i pół godziny (ale szliśmy tempem spacerowym, zatrzymując się na zdjęcia czy coś do zjedzenia). Trasa jest bardzo przyjemna, położona w lesie, można także dobrać poziom trudności szlaku do własnych możliwości. Polecamy!

Kiedy wracaliśmy, wiele osób korzystało z przygotowanych na parkingu w Batorowie miejsc na ognisko, korzystając z wolnego dnia i ładnej pogody. Planujemy tam jeszcze wrócić, tym razem biorąc własne kiełbaski!

Szynobusem na trasie Kłodzko – Wałbrzych

Podobno trasa kolejowa między Kłodzkiem a Wałbrzychem to jedna z najpiękniejszych w Polsce. Liczne tunele, wiadukty i mosty. Przejażdżkę szynobusem doradziła nam pani przewodnik z Zamku na Skale, o którego zwiedzaniu pisaliśmy tutaj. Postanowiliśmy spróbować.

Trasę obsługują Koleje Dolnośląskie. 2 nowoczesne autobusy szynowe obsługują w ciągu dnia 4 przejazdy z Kłodzka do Wałbrzycha i z powrotem. My wybraliśmy połączenie o 14:41 z Kłodzka Głównego z dojazdem do Wałbrzycha Głównego o 16:03. Wracaliśmy tym samym składem, który o 16:10 wyruszał w drogę powrotną. Oczywiście z racji zimy i tego, że słońce zachodzi teraz krótko po 16, piękne widoki mogliśmy podziwiać tylko w drodze do Wałbrzycha.

Warto wybrać jakiś „luźniejszy” dzień. My jechaliśmy w Sylwestra, dlatego pociąg był niemalże pusty, mogliśmy spokojnie zająć miejsce przy oknie i porobić trochę zdjęć. Niemniej, wraz z upływem dnia na zdjęciach było coraz mniej widoków, a coraz więcej naszych odbić w szybie, co widać w galerii :)

W drodze do Wałbrzycha polecamy zająć miejsce po lewej stronie pociągu – widać tam trochę więcej. Generalnie trasa położona jest dość wysoko, dlatego rzeczywiście od czasu do czasu rozciąga się ładny widok na tereny położone niżej. Jedzie się głównie przez obszary wiejskie, u nas co chwilę na pokrytych śniegiem polach widać było sarny. Po drodze pociąg kilkanaście razy zatrzymuje się przy mniejszych stacjach, często z ciekawymi starymi budynkami dworcowymi, niestety w nie najlepszym stanie. Na tych najmniejszych stacjach zazwyczaj nie ma nawet peronu (tak to przynajmniej wyglądało z wnętrza pociągu), więc jeśli ktoś chciałby jechać z wózkiem, lepiej wsiąść właśnie w Kłodzku czy w Wałbrzychu (i pojechać w drugą stronę).

Trasa jest rzeczywiście ciekawa, chociaż chyba po słowach pani przewodnik i opisach w internecie spodziewaliśmy się jeszcze więcej. Może spróbujemy latem przejazdu w innych okolicznościach przyrody.

Za bilet normalny i studencki (czyli de facto za półtorej osoby) zapłaciliśmy w obie strony ok. 33 zł. Bilet można kupić na stacji w Kłodzku, ale też u konduktora w pociągu, bez dodatkowych opłat.

Nie chcemy tym razem wystawiać oceny, trasa nie jest bowiem z założenia atrakcją turystyczną. Zapraszamy za to do obejrzenia zdjęć.

 

Zwiedzanie Zamku na Skale

Zamek na Skale znajduje się przy drodze z Kłodzka do Lądka-Zdroju, praktycznie już przed samym Lądkiem, 2,5 km od trasy. Mieści się tam hotel, restauracja, SPA. My mieliśmy gdzie spać i byliśmy już po obiedzie :), więc zdecydowaliśmy się na samo zwiedzanie Zamku.

Zaczęło się od nieporozumienia. Na stronie czytamy, że Zamek można zwiedzać z przewodnikiem codziennie od 10 do 17. Dzwonimy, dowiadujemy się, że można przyjeżdżać do samej 17. O 16:20 wsiadamy do samochodu w Polanicy-Zdroju. Na drodze fatalne warunki, śnieg i mróz, boimy się, że się spóźnimy. O 16:45 dzwonimy, że możemy dotrzeć 5 minut po 17. Pani w recepcji mówi, że to nic takiego, zwiedzanie poczeka.

Dokładnie o 17:02 wchodzimy do Zamku. Dowiadujemy się, że pani przewodnik też właśnie jedzie i się spóźni. Siadamy przy kominku i czekamy. 10 minut, 15, 20. W międzyczasie kolejne osoby mówią nam, że na pewno coś źle zrozumieliśmy, że pani w słuchawce chyba mówiła coś innego, że pani przewodnik wyjechała pięć minut przed piątą i teraz musi wrocić. Wycieczkę po zamku zaczynamy z dokładnie godzinnym opóźnieniem.

Samo zwiedzanie… hmm… Jeśli liczymy na opowieści o rycerzach, sekretnych przejściach i duchach, to raczej wyjdziemy zawiedzeni. Usłyszymy w zamian o renowacji obiektu, obejrzymy kilka pomieszczeń reprezentujących różne style w ornamentyce i architekturze wnętrz i kilka obrazów. Być może pani przewodnik dostosowuje treść zwiedzania do grupy zwiedzającej (my byliśmy tylko we dwoje), ale mimo wszystko młodsze dzieci raczej nie będą takim zwiedzaniem zainteresowane.

Starszym dzieciom spodoba się może „gra terenowa”, którą można za 5 zł dokupić do zwiedzania. Gra polega na chodzeniu po zamku i szukaniu wskazówek, które potem pozwolą na odgadnięcie hasła.

 

Zainteresowanym zwiedzaniem gorąco rekomendujemy telefoniczne umawianie się na konkretną godzinę.

Ceny biletów: 20 zł za bilet normalny, 15 zł za ulgowy. Po wcześniejszym uzgodnieniu możliwe jest także zwiedzanie w języku angielskim lub niemieckim.

Adres: Trzebieszowice 151, Lądek Zdrój.
Strona internetowa: www.zameknaskale.com.pl

Nasza ocena: 3/5. Mogłoby być lepiej, ale jeśli mamy chwilę czasu i jesteśmy w okolicach Lądka, to chyba warto wjechać, obejrzeć Zamek, który prezentuje się po renowacji całkiem ładnie, a może też zjeść coś w zamkowej restauracji, czy własnie przejść się po obiekcie z przewodnikiem.

My nie żałujemy wycieczki. Przy okazji zawitaliśmy do Albrechtshalle, naszej ulubionej kawiarni w Lądku, a wracając z ciastka zobaczyliśmy mknącą przez miasto bryczkę z Willi Marianna :)

Restauracja Karamba, Polanica-Zdrój

Dzisiaj wybraliśmy się do restauracji Karamba w Polanicy-Zdroju. Restauracja znajduje się w samym centrum uzdrowiskowej części Polanicy, na ul. Zdrojowej – popularnym Deptaku.

Zaczynając od pozytywów – w środku ładny wystrój, miłe panie kelnerki, sporo dań w karcie. Ceny nie zwalają z nóg (większość zestawów obiadowych mieści się w cenie 20 – 30 zł). Na jedzenie nie czeka się długo. Aktualnie można też zamówić potrawy świąteczne, jak barszcz z uszkami, pierogi z kapustą i grzybami, karpia, kompot z suszonych owoców czy makowiec, widzimy też na facebookowej stronie Karamby, że takie akcje tematyczne pojawiają się częściej, były na przykład truskawki na Dzień Mamy, szparagi w sezonie szparagowym i biała kiełbasa i jajka na Wielkanoc – super!

A z trochę mniej pozytywnych rzeczy – wpatrywaliśmy się w tę niby obszerną kartę i jakoś nic nie mogliśmy dla siebie wybrać. W końcu stanęło na żurku, makaronie z kurczakiem, sosem curry i parmezanem oraz hamburgerem wołowym z zapiekanymi ziemniakami i surówką. Dania nie były specjalnie niesmaczne, ale niestety można im trochę zarzucić. Makaron jakby niedoprawiony, niesmakujący curry i miejscami to zimny, to gorący (czyżby odgrzewany w mikrofalówce?). Mięso w hamburgerze ani nie smakujące, ani nie wyglądające na wołowinę, pomazane czymś, co wydawało się być jakimś gotowym sosem wyjętym ze słoika (przy czym zupełnie niepotrzebnym). „Zapiekane ziemniaki” kropka w kropkę przypominały te, które w supermarketach leżą w zamrażarkach obok frytek. Nie tego oczekiwałoby się od restauracji. Połączyć na talerzu półprodukty kupione w sklepie można bez problemu samemu w domu. Szkoda trochę, że obok tego fajnego wystroju i akcji sezonowych zapomniano o tym, że to jedzenie jest w restauracji najważniejsze.

Nasza ocena: 3/5.

Adres: ul. Zdrojowa 11, Polanica-Zdrój.

Ogród Bajek, Międzygórze

Podczas wczorajszego pobytu w Międzygórzu wybraliśmy się na spacer do Ogrodu Bajek. Jest to ciekawe miejsce, znajdujące się na drodze na Igliczną. Można więc wejść tam w drodze na szczyt, albo urządzić sobie krótszy spacer, kończący się właśnie w Ogrodzie Bajek.

Według informacji na stronie PTTK (link tutaj), do Ogrodu Bajek można dotrzeć aż na 6 różnych sposobów:
 – z centrum Międzygórza żółtym szlakiem przez Polanę Śnieżną (30 min)
 – z centrum Międzygórza ul. Sanatoryjną, następnie drogą za pensjonatem „Sarenka”, dochodzimy do szlaku czerwonego biegnącego od wodospadu Wilczki, dalej do szlaku dojściowego czerwonego i dalej dojściowym szlakiem czerwonym (40 min)
 – z przystanku PKS ul. Śnieżna lub z parkingu naprzeciw Ośrodka Wypoczynkowego „Gigant” Szlakiem Czerwonego Krasnala (30 min)
 – z przystanku PKS ul. Śnieżna lub z parkingu naprzeciw Ośrodka Wypoczynkowego „Gigant” Szlakiem Żółtego Krasnala (40 min)
 – od parkingu przy Domu „Nad Wodospadem” szlakiem strzałkowym OGRÓD BAJEK (30 min)
 – dojechać drogą do Marianówki i dalej do skrzyżowania pod Igliczną i dalej pieszo szlakiem żółtym w kierunku Międzygórza (20 min)

My zostawiliśmy samochód na parkingu naprzeciwko „Giganta” i mieliśmy tam do wyboru dwie trasy: Szlak Czerwonego i Żółtego Krasnala. Drogi rozdzielały sie już na samym początku. Czerwony Krasnal piął się stromo do góry, podczas gdy podejście Żółtego Krasnala sprawiało wrażenie łagodniejszego (zdjęcie nr 1). Ze względu na śnieg i mróz wybraliśmy łatwiejsze podejście, czyli Szlak Żółtego Krasnala. Jest to szlak polecany osobom z wózkami i na rowerach, tak więc osiągalny dla wszystkich. Żółty Krasnal towarzyszył nam przez całą drogę jako oznaczenie szlaku. W połowie drogi szlak połączył się z czerwonym szlakiem (zdjęcie nr 2), tym biegnącym od wodospadu i tak już zostało do samego Ogrodu.

 

Przed zwiedzaniem kupuje się bilet, w cenie 6 (normalny) lub 4 zł (ulgowy). W środku za to czekają na nas drewniane domki i znane z bajek postacie – Jaś i Małgosia, Pszczółka Maja, Mała Mi, Bolek i Lolek, Krecik, Koziołek Matołek, Shrek i Fiona, Różowa Pantera, Królewna Śnieżka, Kubuś Puchatek i wiele innych. Niektóre pozostały przez nas nierozpoznane (na przykład odziana w róż blond piękność, widoczna na trzecim zdjęciu :)), niektóre potraktowane trochę z przymrużeniem oka, niektórym brakuje kończyny bądź dwóch. Dookoła jest również sporo drewnianych tabliczek z humorystycznymi napisami.

 

Figurki oczywiście nie każdemu muszą przypaść do gustu, są również dość zniszczone. Niemniej przyjemnie przystanąć na chwilę w towarzystwie drzew i ulubionych bohaterów z bajek, i nie mówimy tu tylko o dzieciach. Dodatkowo do Ogrodu nie można dojechać samochodem, więc wizyta tam może być fajną motywacją do spaceru po Masywie Snieżnika.

Nasza ocena: 3/5.

Ogród Bajek otwarty jest od maja do września od 10 do 18, a od października do kwietnia od 10 do 16. Zamknięty jest tylko w jeden dzień w roku – 1 listopada.

Międzygórze i Alpejski Dwór

Międzygórze to niezwykle klimatyczna miejscowość z charakterystyczną drewnianą zabudową, leżąca u podnóża Śnieżnika. Kiedy byłam dzieckiem, Międzygórze nieodłącznie kojarzyło mi się ze śniegiem. Nawet kiedy w całej Polsce drogi pozostawały czarne, na drodze wjazdowej do Międzygórza zaczynała się zima. Śnieg nie zawiódł także w tym roku :)

Na zdjęciach możecie zobaczyć kilka z pięknych budynków Międzygórza – dom wczasowy Gigant, na który składają się dwa obiekty, kolejny drewniany budynek i dwa kościoły, położone niedaleko siebie – kamienny św. Krzyża i drewniany św. Józefa (niegdyś biały, teraz pomalowany na ciemno; my chyba wolimy poprzednią wersję).

 

Jest też 22-metrowy wodospad Wilczki, położony niedaleko drogi – można zostawić samochód na parkingu i dojść do niego w dosłownie kilka minut. Poniżej zdjęcie wodospadu w zimowej aurze i na wszelki wypadek też takie z września, bo w śniegu niewiele widać.

 

Międzygórze jest również dobrą bazą wypadową do górskich wędrówek – można stąd na przykład wybrać się na Śnieżnik czy Igliczną. My w tym roku przespacerowaliśmy się do Ogrodu Bajek, który leży właśnie na drodze na Igliczną.

Po spacerze wybraliśmy się na obiad do restauracji w Alpejskim Dworze. Jest to pensjonat i restauracja leżące trochę na uboczu Międzygórza i pewnie nie znaleźlibyśmy się tam, gdyby nie fakt, że polecano nam to miejsce już kilkakrotnie.

 

W środku miły wystrój i obsługa, a dania podawane są w pięknej ceramice, wykonanej specjalnie dla Alpejskiego Dworu. Restauracja szczyci się tym, że nie wykorzystuje w przygotowywaniu potraw żadnych sztucznych dodatków, nie korzysta także z półproduktów. Na życzenie serwuje się dania bezglutenowe.

W menu przystawki, zupy (rosół, krem z dyni, grzybowa z sandaczem i chrzanowa z boczkiem), 8 dań głównych w cenie od 27 do 55 zł (nadroższe danie to grillowana polędwica wołowa z dodatkami), pierogi, dania dla dzieci, desery i napoje. My wybraliśmy rosół (okazuje się, że można zrobić dobry bez użycia kostki rosołowej!), zupę chrzanową, polędwiczki wieprzowe w sosie grzybowym z kaszą gryczaną i surówką, plastry schabu i boczku z serem, konfiturą cebulową, frytkami i surówką i herbatę. Wszystkie dania były smaczne i świeże, a porcje spore. W karcie kusiła nas także szarlotka, domowy pasztet i prawdziwa lemoniada, ale te przyjemności zmuszeni już byliśmy odłożyć na następny raz.

 

A podczas wizyty w toalecie – niespodzianka. Kafelki z podobiznami najładniejszych budynków okolicy :)

 

Nasza ocena: zasłużone 5/5.

Nie mieliśmy okazji spać w Alpejskim Dworze, ale przeglądając stronę internetową ujęła nas oferta skierowana do gości pensjonatu – lunchbox na wynos z dwoma kanapkami i sałatką z sezonowych warzyw (oczywiście można wziąć też standardowe śniadanie). Jest także możliwość urządzenia ogniska, paintballu czy zorganizowania opieki dla dzieci.

Adres: ul. Sanatoryjna 13, Międzygórze.
Strona internetowa: http://www.alpejskidwor.pl

Restauracja czynna jest codziennie od 13 do 21. W czasie świąt i weekendów zalecana jest telefoniczna rezerwacja stolików.

Restauracja Dolnośląska, Ząbkowice Śląskie

Po obejrzeniu atrakcji proponowanych przez Izbę Pamiątek Regionalnych w Ząbkowicach Śląskich byliśmy już bardzo głodni i postanowiliśmy poszukać jakiejś restauracji. Nie znamy miasta, więc wybraliśmy pierwszy wynik z google, który posiadał własną stronę internetową. Tak trafiliśmy do Restauracji Dolnośląskiej.

Zarówno strona internetowa, jak i budynek i wnętrze restauracji robią bardzo dobre wrażenie. Restauracja połączona jest z hotelem, a w samej restauracji znajdują się dwie spore sale, przystosowane do organizacji imprez okolicznościowych. Nie ma zbyt dużo ludzi.

Ceny w menu nie są bardzo wygórowane – ok. 10 zł za zupę, 15-20 za sałatkę i od 15-40 za drugie danie. Wybór jest dość duży, a propozycje kuszące. Niestety, kiedy podchodzi pani kelnerka, okazuje się, że wiele potraw jest tego dnia niedostępnych – pani tłumaczy to długim weekendem (był 4 maja). Na szczęście spośród pozostałych propozycji udaje nam się wybrać odpowiadające nam dania i zamawiamy zupę cebulową, polędwiczki wieprzowe w sosie paprykowym i filet z kurczaka w sosie pieczarkowym.

Dania okazują się pyszne (szczególnie kurczak!), a porcje duże i bardzo sycące (niech Was nie zwiodą zdjęcia, gdyż talerze są naprawdę ogromne). Obsługa jest miła i uczynna, a na potrawy nie czekaliśmy długo. Na pewno chętnie tam wrócimy przy okazji następnej wizyty w Ząbkowicach Śląskich.

Nasza ocena: 4/5.

Adres: ul. 1 Maja 2, Ząbkowice Śląskie.
Strona internetowa: www.restauracjadolnoslaska.pl

Ząbkowice Śląskie – Krzywa Wieża, Laboratorium Frankensteina i inne atrakcje

Wczoraj przejechaliśmy się do Ząbkowic Śląskich z zamiarem zwiedzenia Krzywej Wieży. W internecie przeczytaliśmy jednak, że można niedrogo zakupić bilet na zwiedzanie całego „pakietu”, czyli Krzywej Wieży, Zamku, Izby Pamiątek Regionalnych oraz trasy „Śladami Frankensteina”, połączonej z Laboratorium Frankensteina. Informację na ten temat można znaleźć tutaj. Od ostatniej aktualizacji strony ceny biletów zostały podniesione o złotówkę, czyli zapłaciliśmy 14 złotych za bilet normalny i 7 za bilet ulgowy.

Bilet kupuje się w Izbie Pamiątek Regionalnych (zdjęcie poniżej), która znajduje się na ul. Krzywej 1. Pracuje tam sporo osób, a godziny zwiedzania poszczególnych obiektów nie są stałe. Sprawia to wrażenie lekkiego bałaganu, ale nie musieliśmy czekać na zwiedzanie żadnej z atrakcji składowych. Kolejność zwiedzania zależy od sytuacji i liczby zwiedzających, my postanowiliśmy przedstawić obiekty w takiej kolejności, w jakiej sami je oglądaliśmy.

 

Najpierw zostaliśmy zaprowadzeni do zamku. Jest to ciekawe miejsce, poddawane aktualnie rewitalizacji, dzięki której można bezpiecznie zwiedzić spore fragmenty zamku. Historię obiektu można prześledzić tutaj. Przewodnik opowiedział nam o zamku i jego odbudowie oraz zaprowadził we wszystkie udostępnione dla turystów miejsca.

 

 Następnie weszliśmy na Krzywą Wieżę (informacje tutaj). To samodzielny etap zwiedzania. Do pokonania jest (uwierzyliśmy na słowo) 139 schodów, a ze szczytu wieży rozciąga się piękny widok na okolicę.

 

Następnie wróciliśmy do Izby Pamiątek Regionalnych, gdzie czekała na nas trasa Śladami Frankensteina oraz Laboratorium Frankensteina. Pomysł wywodzi się z faktu, że Ząbkowice Śląskie za czasów niemieckich nazywały się właśnie Frankenstein. Ta część zwiedzania obejmuje informacje na temat książki „Frankenstein” Mary Shelley i byłych mieszkańców Ząbkowic Śląskich, a także inscenizacji „laboratorium” dr. Frankensteina.

 

Na sam koniec zostało nam zwiedzanie samej Izby Pamiątek Regionalnych. Zwiedzać ją można samemu lub z przewodnikiem. Nam udało się skorzystać z towarzystwa przewodnika. Zwiedzanie zajęło aż 50 minut, ale cały czas pozostało ciekawe. W Izbie znajduje się sporo sal z różnymi ekspozycjami, np. dawnymi pocztówkami z Ząbkowic Śląskich, starymi elementami wyposażenia wnętrz, urządzeniami gospodarstwa domowego, czy bronią i elementami uzbrojenia.

 

Całość zwiedzania zajęła nam aż 2,5 godziny. Na pewno zależy to od tego, jak ułoży nam się zwiedzanie i ile czasu spędzimy z przewodnikiem, ale tak czy inaczej warto zarezerwować sobie sporo czasu na ten cel. Miejsce zaskoczyło nas pozytywnie (zanim tam dotarliśmy mieliśmy wrażenie, że „nie bardzo jest tam co zwiedzać”) i dajemy mu ocenę 4/5.

Zdobywanie Ślęży

Postanowiliśmy dodać na stronie nową kategorię: obok Restauracji i Atrakcji pojawiło się także Chodzenie po górach. Nie jesteśmy zapalonymi piechurami, ale od czasu do czasu udaje nam się odbyć jakiś dłuższy spacer po górach i postanowiliśmy podzielić się opracowanymi przez nas trasami.

Wczoraj wybraliśmy się na Ślężę. Ślęża nie znajduje się już w Kotlinie Kłodzkiej, ale na Przedgórzu Sudeckim, na które łatwo można dotrzeć samochodem (około półtorej godziny jazdy z Polanicy-Zdroju). My zaczęliśmy naszą trasę od Domu Turysty PTTK pod Wieżycą (Sobótka, ul. Armii Krajowej 13, www.podwiezyca.com.pl). W dni powszednie można zostawić samochód pod samym schroniskiem, w dni wolne od pracy obowiązuje natomiast zakaz wjazdu w bezpośrednią okolicę schroniska i musimy przebyć ostatnie kilkaset metrów pieszo.

Według naszej wiedzy spod Domu Turysty odchodziły dwie trasy na szczyt. Jedna z nich to żółty szlak turystyczny, który jednak w pierwszym etapie jest dość męczący, ponieważ podchodzi pionowo pod Wieżycę – inny szczyt w Masywie Ślęży. Wiedzieliśmy też o istnieniu czerwonego szlaku, który miał być nieco dłuższy, ale mniej męczący. Postanowiliśmy wybrać drugą opcję.

Od schroniska odchodził żółty oraz czarny szlak turystyczny. Odchodził też czerwony szlak archeologiczny (trochę inne oznaczenia) i uznaliśmy, że to ten, o który nam chodziło. Niestety, był dość słabo oznaczony (słabiej niż szlaki turystyczne) i kilka razy kluczyliśmy, nie wiedząc, które odgałęzienie drogi wybrać. Ostatecznie – zupełnie niespodziewanie – dotarliśmy do szlaku niebieskiego i tym szlakiem weszliśmy na sam szczyt. Na załączonej mapce (zdjęcie zrobione na Szczycie Ślęży) widać, że czerwony szlak turystyczny (a nie archeologiczny), którym chcieliśmy wejść na górę, odchodzi z innego miejsca i nie byliśmy w stanie go znaleźć, parkując w pobliżu Domu Turysty pod Wieżycą.

 

Szlak niebieski z początku wydawał się łagodny, szybko jednak zmienił się w pionowe podejście pod Ślężę i tak pozostało już do samego końca. Z niebieskiego oznaczenia zupełnie nie wynika, jak wymagająca jest to trasa, przynajmniej dla osób nieprzyzwyczajonych do takich wyzwań. W końcu jednak udało nam się dotrzeć na szczyt. Cała trasa to 4,75 kilometra i około godziny czterdziestu minut (zrzut ekranu ze śledzenia trasy pokazuje trochę więcej czasu, gdyż po dotarciu do schroniska na szczycie byliśmy tak zaaferowani, że zapomnieliśmy zatrzymać śledzenia). Szliśmy bez pośpiechu, z przerwami na odpoczynek, picie, jedzenie czy zrobienie zdjęć.

 

Na szczycie znajduje się schronisko (www.domturysty.net), w środku którego mieści się bar i pokoje noclegowe – niestety baza noclegowa jest aktualnie nieczynna do odwołania. W barze nie ma dużego wyboru, ale jest kilka potraw przygotowywanych na miejscu i spośród nich wybraliśmy zupę pomidorową i fasolkę po bretońsku. Toaleta niestety znajduje się poza budynkiem schroniska i jest typowym wychodkiem bez umywalki. Nas skutecznie zniechęciła od skorzystania.

Na szczycie znajduje się również prehistoryczna rzeźba niedźwiedzia i ciekawy kościółek (www.sleza.info/kosciol). Niestety, podczas naszego podejścia pogoda nie dopisywała i cały szczyt pokryty był mgłą. Nie udało nam się też obejrzeć kościoła, który był w tym czasie zamknięty (prawdopodobnie ze względu na wykonywane w nim prace).

 

W drodze powrotnej wybraliśmy szlak żółty (dalej nęcił nas czerwony, który w pierwszym etapie trasy w dół pokrywał się z żółtym, a potem prowadził łagodniejszą trasą dookoła Wieżycy, ale nie prowadził do miejsca, w którym zostawiliśmy samochód). Pierwsza, wspólna część trasy była łagodna i prowadziła między innymi koło prehistorycznych rzeźb: postaci z rybą i – kolejnego już – niedźwiedzia. Według legendy dziewczyna z wioski znalazła małego niedźwiadka i codziennie karmiła go rybą. Niestety, niedźwiedź podrósł i pewnego dnia odgryzł głowę swojej żywicielce, co postanowiono uwiecznić na rzeźbie.

Druga część trasy, prowadząca przez szczyt Wieżycy, była rzeczywiście stroma (na szczęście szliśmy w dół, a nie pod górę). Wydaje nam się jednak, że stromy fragment był sporo krótszy od tego na szlaku niebieskim. Na szczycie Wieżycy znajduje się ciekawa wieża widokowa (strona na wikipedii), niestety podczas naszego podejścia nie można było na nią wejść.

Droga powrotna w naszym wykonaniu to 4,03 kilometra i godzina dwadzieścia sześć minut.

 

Nie będziemy tym razem wystawiać własnej oceny, ponieważ byłaby ona bardzo subiektywna – wszystko zależy od tego, na ile lubimy chodzić po górach. Jeśli ktoś ma słabą kondycję, polecalibyśmy jednak poszukać tego „nieuchwytnego” czerwonego szlaku turystycznego, który podobno odchodzi z przystanku PKS w Sobótce, obok Sanktuarium Św. Anny (informacja stąd). Trasa jest bardzo ciekawa, a jej duża część prowadzi przez gęsty las. Na minus działają niestety zamknięte obiekty. Dość mylące jest również oznaczenie szlaków – szlak niebieski jest bardzo stromą trasą pod górę, a czarny łagodnym obejściem dookoła Ślęży.

Edit: Zwrócono nam uwagę, że dojście do czerwonego szlaku ze schroniska pod Wieżycą jest jednak możliwe (i całkiem proste), co wynika z mapki, którą umieściliśmy na początku postu. Wystarczy przejść fragment czarnym szlakiem (byle w dobrą stronę), który przetnie się ze szlakiem czerwonym. Może spróbujemy następnym razem :)